W nocy albo nad ranem dzieje się coś, czego wielu właścicieli domów panicznie się boi.
Najpierw dziwny huk w kominie. Potem charakterystyczny szum, jakby w środku leciał odrzutowiec. Za chwilę iskry, zapach spalenizny, stres, telefon po straż pożarną i jedna myśl:
„Oby dom się nie zajął.”
Strażacy przyjeżdżają, opanowują sytuację, pożar sadzy gaśnie, napięcie powoli opada. Kilka godzin później człowiek patrzy na piec, kominek albo kozę i myśli:
„Skoro już nie ma ognia, to chyba mogę normalnie rozpalić jeszcze raz?”
Nie. To jeden z najniebezpieczniejszych błędów, jakie można popełnić po pożarze sadzy w kominie.
Państwowa Straż Pożarna wprost opisuje takie przypadki: po ugaszeniu pożaru sprawdzane są przewody kamerą termowizyjną i poziom tlenku węgla, a właścicielowi zaleca się przeprowadzenie kontroli kominiarskiej i do tego czasu nieużytkowanie kominka.
To brzmi paradoksalnie, ale właśnie wtedy wielu ludzi traci czujność.
Kiedy komin przestaje się palić, nie widać już płomieni ani iskier, pojawia się fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Dom stoi. Dach się nie zapalił. Straż odjechała. W środku jest chłodno, więc kusi, żeby „tylko na chwilę” znowu rozpalić.
A tymczasem w środku komina mogło dojść do uszkodzeń, których nie widać gołym okiem.
I właśnie dlatego po pożarze sadzy nie wolno zakładać, że skoro ogień zgasł, to temat jest zamknięty.
Strażacy przypominają, że pożar sadzy w kominie może być bardzo niebezpieczny. Wysoka temperatura takiego pożaru może osiągać nawet ponad 1000°C, co grozi zapaleniem drewnianych elementów konstrukcji budynku. PSP wskazuje też wprost ryzyko pęknięcia lub uszkodzenia komina, wydostawania się iskier i płomieni, zadymienia budynku oraz zatrucia tlenkiem węgla.
To oznacza, że po takim zdarzeniu problem nie kończy się na „wypalonej sadzy”.
Problemem może być teraz:
A tego często nie widać z dołu, z salonu ani z kotłowni.
To jeden z najczęstszych błędów myślenia.
Komin po pożarze sadzy może wyglądać z zewnątrz całkiem normalnie. Ściana może się nie sypać. Na kominku może nie być żadnej rysy. W domu może nie być jeszcze czuć dymu.
I właśnie dlatego ludzie tak często popełniają błąd.
Uszkodzenie może znajdować się wewnątrz przewodu. Może dotyczyć miejsc, których właściciel nie zobaczy bez fachowej kontroli. A jeśli mimo to ponownie rozpali, naraża siebie i rodzinę na kolejny pożar, cofanie spalin albo czad.
Scenariusz pierwszy: przewód jest popękany i ogień albo wysoka temperatura zaczynają oddziaływać na elementy konstrukcyjne budynku.
Scenariusz drugi: uszkodzony komin traci szczelność i spaliny przedostają się tam, gdzie nie powinny.
Scenariusz trzeci: ciąg po pożarze jest zaburzony, a dym wraca do pomieszczeń.
Scenariusz czwarty: właściciel uważa, że „wszystko działa”, bo piec się rozpalił — aż do momentu, kiedy pojawia się czad, zadymienie albo kolejny pożar.
To właśnie dlatego pożar sadzy jest tak zdradliwy. Najgroźniejsze bywa nie samo widowisko z płomieniami nad kominem, tylko to, co dzieje się później, gdy człowiek wraca do „normalnego” używania urządzenia.
Straż pożarna robi to, co najważniejsze w chwili zagrożenia: gasi pożar, zabezpiecza miejsce zdarzenia i sprawdza, czy bezpośrednie zagrożenie zostało opanowane. W opisywanych przez PSP interwencjach po ugaszeniu pożaru wykorzystywano m.in. kamerę termowizyjną oraz detektory wielogazowe.
Ale z praktycznego punktu widzenia trzeba jasno powiedzieć jedno:
interwencja straży nie zastępuje pełnej kontroli kominiarskiej przewodu po takim zdarzeniu.
Skoro sama PSP zaleca po pożarze wykonanie kontroli kominiarskiej i do tego czasu nieużytkowanie kominka, to właściciel domu nie powinien traktować zakończenia akcji jako „zielonego światła” do ponownego palenia.
Najrozsądniejsza kolejność wygląda tak:
Nawet jeśli „wydaje się, że wszystko wróciło do normy”.
Po takim zdarzeniu przewód trzeba sprawdzić pod kątem bezpieczeństwa dalszego użytkowania.
Czasem wystarczy kontrola i oczyszczenie. W innych przypadkach potrzebne jest dokładniejsze sprawdzenie stanu przewodu, szczelności lub wnętrza komina.
Nie wtedy, kiedy „już mi zimno”, tylko wtedy, kiedy jest bezpiecznie.
Zwłaszcza wtedy, gdy:
W takich sytuacjach ponowne rozpalanie „na próbę” jest szczególnie ryzykowne.
Nie. To bardzo niebezpieczne uproszczenie.
Strażacy byli po to, żeby uratować sytuację awaryjną. Kominiarz jest po to, żeby ocenić, czy komin po takim zdarzeniu nadal nadaje się do bezpiecznego użytkowania.
To są dwie różne rzeczy.
Wielu właścicieli domów myli te etapy i właśnie dlatego później dochodzi do kolejnych problemów.
PSP przypomina, że aby ograniczać ryzyko pożarów sadzy, trzeba regularnie czyścić przewody kominowe i używać suchego, dobrej jakości opału.
Straż podaje również częstotliwość usuwania zanieczyszczeń:
Dodatkowo Prawo budowlane zobowiązuje właścicieli i zarządców do okresowej, co najmniej corocznej kontroli stanu technicznego przewodów kominowych, a takie kontrole wykonują osoby z kwalifikacjami mistrza kominiarskiego.
To nie jest papierologia. To jest dokładnie ten rodzaj profilaktyki, który często oddziela spokojny sezon grzewczy od telefonu po straż pożarną o drugiej w nocy.
Jeżeli w Twoim domu doszło do pożaru sadzy, nie myśl:
„Już po wszystkim.”
Pomyśl raczej:
„Skoro doszło do takiej temperatury w kominie, to najpierw trzeba sprawdzić, czy nadal wolno mi z niego bezpiecznie korzystać.”
Bo właśnie to jest najrozsądniejsze.
I właśnie od tego powinien zacząć się każdy następny krok.
Jeżeli po pożarze sadzy chcesz sprawdzić, czy komin nadaje się do dalszego użytkowania, nie warto ryzykować domysłami.
Lepiej sprawdzić to od razu.
Dawid Kaleta wykonuje kontrole i usługi kominiarskie na terenie województwa łódzkiego. Jeśli po akcji straży pożarnej nie masz pewności, czy możesz bezpiecznie wrócić do palenia w kominku, piecu lub kozie — to właśnie jest moment, żeby wezwać kominiarza, a nie „spróbować jeszcze raz”.
Przeczytaj także:
kaletadawid2@gmail.com
Szukaj nas na
Projekt i wykonanie: ab-media.pl